- ○ - ○ - ○ - ○ - ○ - ○ - ○ - ○ - ○ - ○ - ○ - ○ - ○ - ○ - ○ - ○ - ○ - ○ -
- Naprawdę muszę tam wejść sam?
- Chłopie, on cię nie zje. Ludzie
nie są w jego guście. No chyba, że jakieś ładne panienki.
- Chociaż patrząc na Taemina, to
może być niebezpiecznie.
- Zabierzcie mnie stąd!
Chłopcy od dziesięciu minut stali
pod drzwiami do nowego pokoju najmłodszego, ale ten uporczywie wmawiał im, że
zostanie zjedzony, a wcześniej rozerwany na kawałki.
- E, młody! Ja nie mam całego dnia,
Diva na mnie czeka!
- Diva?
- Chłopak Minho.
Taemin wybałuszył oczy. Nie to żeby
miał coś do gejów, bo sam był biseksualny, ale nie spodziewał się, że ktoś
rzuca TAKIE informacje z TAKĄ otwartością.
- Onew, pacanie! Chcesz go od razu
spłoszyć?!
- No co, prawdę mówię!
- Świetnie! Tylko spójrz na niego!
Biedny szoku dostał! Świat mu zniszczyliśmy!
- Po prostu zdziwiła mnie wasza
otwartość. Zwykle ludzie się z tym kryją. – Taemin wzruszył ramionami, po tym
jak opanował swoją mimikę twarzy. – To idźcie już, chyba dam radę.
- Poczekaj! Weź nasze numery, jakby
co, nie wahaj się i dzwoń!
Taemin szybko wyciągnął komórkę i
wpisał dane kontaktowe nowych znajomych. Pomachał im, po czym odwrócił się do
drzwi i odetchnął głęboko.
„Teraz albo nigdy”.
Nacisnął klamkę i jak szalony
wpakował się do środka.
- Cześć, hyung, przepraszam za to
wcześniej, nie chciałem cię urazić, a ja szybciej mówię, niż myślę i tak
nieprzyjemnie się skończyło, a ja nie podbiegłem do ciebie od razu, więc
ogólnie cię przepraszam i proszę, nie zjedz mnie! – wyrzucił z siebie na jednym
tchu, nawet nie starając się ułożyć sensownych zdań, tylko paplając, co ślina
na język przyniosła. Cały czas miał spuszczoną głowę i zaciśnięte oczy, jakby w
obawie przed uderzeniem. Nie słysząc żadnej odpowiedzi, uniósł swoje ciężkie
powieki i spojrzał w głąb pokoju.
Na łóżku siedział Jonghyun z tępym
wyrazem twarzy, a w jednej ręce trzymał karty. Naprzeciwko niego znajdował się
jeszcze jeden chłopak. Spojrzeli na siebie z uniesionymi brwiami, po czym
nieznajomy dla oczu Taemina chłopak wstał i wyszedł z pokoju.
- Co ty odpierdzielasz, młody? –
Jonghyun, teraz już rozbawiony sytuacją, spojrzał na przybysza. – Aż tak się
przejąłeś tamtym zajściem? Chłopie, gorsze rzeczy w swym żywocie słyszałem! – Starszy
uśmiechnął się szeroko i wstał z łóżka. – A co ty tu w ogóle robisz?
- Będę z tobą w pokoju – powiedział
pewniej Taemin i krzywo odwzajemnił uśmiech.
- Serio? No to świetnie! Nudno tak
samemu! Ładuj się! – Podbiegł do niego i szybko zabrał bagaż z ręki.
Przewędrował pokój i rzucił torbę na wolne łóżko. – Tak w ogóle, to jak się
nazywasz? Jakoś odszedłem, zanim się dowiedziałem.
- Lee Taemin, jeszcze raz przepraszam
za tamto.
- A skończże człowieku! Kim Jonghyun
tak łatwo nie przekreśla nowych. Jesteś na pierwszym roku, co nie?
- Ta, niestety musiałem się tu
przenieść przed końcem roku, ale co zrobisz. – Taemin podszedł do swojego
bagażu i zaczął częściowo wyciągać rzeczy na posłanie. – Wiesz, o której jest
kolacja? Muszę wyjść na kilka godzin.
- Możesz przyjść, kiedy chcesz od
osiemnastej do dwudziestej. Najlepiej to tak w środku, bo wtedy jest nowa
porcja jadła. – Jonghyun klapnął się na swoje łóżko i oparł się o ścianę,
zakładając ręce za głowę. – A gdzie idziesz? Mogę cię zaprowadzić czy coś.
- Nie, nie trzeba! – Młodszy
natychmiast stanowczo odpowiedział, odwracając się do rozmówcy. Tamten zdziwił
się nagłą reakcją chłopaka i zaskoczony przekrzywił głowę na bok, marszcząc
brwi. – To znaczy, nie musisz. Wiem, gdzie iść i wolałbym to zrobić sam.
- Nie no spoko, nie naciskam. Ale
radziłbym wyjść już teraz, bo się późno robi, a ja ci jedzenia po nocy
przemycać nie będę! – Jonghyun pogroził dla żartu palcem. Taemin tylko uśmiechnął
się, chwycił podręczny plecak z podróży i wyszedł z pomieszczenia, machając do
nowego znajomego. Nauka w tej szkole nie
zapowiadała się, aż tak tragicznie, jak się spodziewał.
Wysiadł z autobusu i niespokojnym
wzrokiem spojrzał na budynek przed sobą. Widok szpitala zawsze wywoływał u
niego ciarki na plecach. Wziął głęboki oddech, aby się uspokoić. Co chwila
zaciskał pięści, aby choć trochę wyładować swoje nerwy. Bał się tam wejść. Bał
się tego, co mógł zobaczyć.
Ostatni raz spojrzał na duży,
niebieski krzyż wiszący nad wejściem i ruszył przed siebie. Teraz musi być
uśmiechnięty, aby choć trochę wesprzeć mamę. Nie chciał, aby kobieta zamartwiała
się jego stanem, tym, że było mu źle. Wolał, żeby rodzicielka czerpała siłę do
walki z jego uśmiechu, jeśli istniała taka mozliwość. Na ilu to forach czytał,
że taki sposób bardzo pomaga chorym. Sam nie bardzo w to wierzył, ale jeśli był
choć cień szansy, to czemuby nie spróbować?
- Cześć, mamuś! – Stanął w drzwiach
od sali i uśmiechnął się ciepło. Kobieta była na łóżku w pozycji półsiedzącej i
czytała modowy magazyn. Chłopak podszedł do rodzicielki i ucałował ją w
policzek. Przysunął sobie stołek i usiadł na nim. – Jak się czujesz? Co lekarz
mówił rano na obchodzie? Powinienem iść się spytać?
- Minnie, mniej pytań, twoja stara
matka nie nadąża. – Oblicze kobiety przyozdobił szeroki uśmiech.
Gdyby nie zmęczenie widoczne na jej
twarzy, cienie pod oczami oraz liczne rurki podłączone do jej ciała,
wyglądałaby bardzo młodo i urodziwie. To po niej Taemin odziedziczył większość
cech. Szczupłą twarz, brązowe, jak mleczna czekolada oczy, nieodstające uszy,
czy naturalnie długie rzęsy i duże usta. Matka chłopaka zawsze była podziwiana.
Interesowała się modą, ale ubierała się z umiarem, elegancko. W prostocie jej
strojów tkwił urok, który przyciągał spojrzenia przechodniów. Taemin pamiętał,
jak był mały, że nieraz mężczyźni nieśmiało zagadywali do jego rodzicielki.
Zawsze była uśmiechnięta, pełna energii, a dla swojego synka oddałaby wszystko.
Za ostatnie pieniądze kupiłaby mu ubranko albo nową zabawkę. Odjęłaby sobie
jedzenia od ust, aby go nakarmić. Taemin czuł się kochany i tak w
rzeczywistości było. Gdy wiele dzieci wokół niego narzekało na swoich rodziców,
on tylko się uśmiechał i mówił, co ostatnio wymyślił ze swoją mamą.
Chłopak przełknął ślinę. Za każdym
razem, jak tu przychodził, przypominał sobie dzieciństwo, jakby jego mózg
chciał te wspomnienia na zawsze wyryć w jego pamięci. Jakby zaraz miał coś
stracić i dlatego tak dokładnie zapisuje każdą kroplę szczęścia.
- Lekarz mówił, że się poprawia.
Może za dwa tygodnie wyjdę do domu. – Ye Eun położyła swoją dłoń na ręce syna i
delikatnie ją ścisnęła. – Ciągle zadajesz mi pytania, a to ja powinnam
przeprowadzić z tobą wywiad. Trafiłeś do szkoły?
- Prawie zapomniałem bagażu z
autobusu, w centrum czułem się jak jakaś zagubiona myszka, szukałem drogi, ale
mapa wskazała mi sex shop, a więc zrobiłem sobie przerwę na coś słodkiego.
Nagle zauważyłem trójkę osób w mundurkach z mojej szkoły, no to zacząłem ich
śledzić. Jeden mnie zauważył, zaczął się śmiać, drugi okazał się
przewodniczącym szkoły, a trzeci to gad.
- Gad? – Czarnowłosa uniosła brew do
góry. Podczas całego słowotoku uśmiechała i patrzyła szczęśliwa na syna. Taemin
zawsze taki był. Wiele osób nie mogło zrozumieć, co mówił, bo był
najzwyczajniej w świecie za szybki, ale Ye Eun się tego nauczyła. W końcu była
jego matką, prawda?
- No dinozaur, mówię ci mamo! Zrobię
zdjęcie i następnym razem ci pokażę. Ogólne on się obraził, ale się nie obraził
tak naprawdę no i mam z nim wspólny pokój. To chyba wszystko.
- Wiedziałam, że jesteś słaby z
geografii, ale żeby do sex shopu? Ja już wiem, co ty tam w swojej główce
miałeś!
- Mamo! Wiesz, że nie jestem taki.
Chyba. – Taemin podrapał się po głowie zakłopotany.
- Chyba? A te świerszczyki pod
łóżkiem to pewnie Taesuna, prawda?
- Kai u mnie zostawił, jak nocował!
Naprawdę!
- Oj żartuję, żartuję. A co z
Soojung? Jak zareagowała na wyjazd?
- Powiedziałem jej trzy dni przed
wyjazdem. Dostałem z pięści w klatę, a jej krzykami prosto w twarz. Próbowałem
dzwonić, ale nie odbiera. Poczekam jeszcze trochę i jak nic się nie zmieni, to
pojadę do niej błagać o wybaczenie.
- Minnie… Mówiłam ci, że im
wcześniej jej powiesz, tym lepiej. – Kobieta zatroskana przeczesała włosy
swojego syna.
- Wiesz, że się bałem. Krystal jest
tu sama, rodzice nadal w Ameryce i za bardzo nie mają ochoty się nią zajmować.
Jak mogłem jej powiedzieć, że ja też będę o wiele dalej niż zazwyczaj? Wiesz,
ile ona przeszła.
- Wiem, Minnie, wiem… - Ye Eun lekko
przyciągnęła chłopaka i przytuliła go. Miał już siedemnaście lat, ale dla niej
wciąż było to „tylko” siedemnaście. Taemin był roztrzepany, wielu rzeczy
zapominał. Jak każda kochająca matka bała się o niego. Wiedziała, że miał
wspaniałą duszę, zawsze pomagał, a jak trzeba było, pokazywał pazurek, jednak
który rodzic by tak nie zareagował? Ye Eun wiedziała, że jest z nią źle i tak
samo, jak jej syn, szykowała się, że może usłyszeć od lekarzy najgorszy
werdykt.
- Chcesz coś do picia? Albo jedzenia?
Może bułkę słodką? Pojadę na parter do sklepiku, dobrze? – Taemin powoli
odsunął się od czarnowłosej i uśmiechnął się ciepło.
- Woda mi się kończy, a czekoladowymi
ciachami bym nie pogardziła. Jak szaleć, to szaleć!
- To zaraz wrócę, uważaj na siebie!
- Tak, Minnie, bo mnie twój kolega
dinozaur zje. Nawet nie mogę się ruszyć z łóżka.
- Jonghyun nie gustuje w ludziach,
nie musisz się martwić! – Taemin uśmiechnął się ciepło i wstał ze stołeczka, po
czym skierował się do drzwi. – Zaraz będę!
Szedł korytarzem, oddychając
głęboko. Zawsze, gdy był na skraju, proponował, że pójdzie zrobić niewielkie
zakupy. Stanowiło to jego chwilową odskocznie, przerwą między aktami, podczas
których musiał grać silnego. Jednak i to powoli przestawało działać. Miał coraz
mniej energii, aby grać dalej swoją rolę na tej okrutnej scenie, zwanej życiem.
Wizyta w sklepiku trochę mu pomogła.
Najwięcej czasu spędził nie na zakupach, a na rozmowie ze sprzedawczynią –
panią Park. Szanował ją całym sercem i była dla niego jak przyszywana ciocia.
Bywał tu tak często od kilku miesięcy, że zdążył stworzyć z kobietą silną więź.
Zawsze wypytywała o stan zdrowia jego mamy, o jego wyniki w szkole, postępy w
tańcu. W pewnym sensie pani Park była podobna do Ye Eun. Obydwie dawały wiele
dobroci i ciepła światu, a dostawały od niego ogromny zastrzyk bólu. Mąż sklepikarki
zmarł cztery lata wcześniej na raka, zostawiając ją samą z dwójką małych
dzieci. Jej pierwsza ciąża nie skończyła się dobrze. Urodziła wcześniaka, który
odszedł kilka dni później. Na szczęście pozostała dwójka dzieci przyszła na
świat bez większych problemów. Chociaż o nie pani Park mogła być spokojna.
Wracał z niedużą torebką, wymachując
nią miarowo. Było mu zdecydowanie lepiej, podładował swoje wewnętrzne
akumulatory. Teraz mógł się na nowo zmierzyć z okrutną rzeczywistością.
Jednak nie spodziewał się, że będzie
ona, aż tak brutalna.
Stanął w progu, a źrenice
rozszerzyły mu się ze strachu. Wypuścił reklamówkę z rąk, z której wypadła i
zaczęła się toczyć świeża pomarańcza. Dusił się, nie mógł nic powiedzieć ani
się ruszyć. Z rozpaczą patrzył na blade ciało jego matki. Ye Eun jedną ręką
trzymała się za brzuch, a drugą przykładała do ust. Wykasływała krew. Dużo
krwi. O wiele za dużo.
Nagle oprzytomniał i biegiem ruszył
do punktu pielęgniarskiego. Złapał jedną pielęgniarkę mocno za rękę tak, że
kobieta syknęła z bólu. Oburzona odwróciła się do chłopaka i już chciała prawić
mu kazania, ale zobaczyła jego stan. Spojrzała na strugi łez na jego
policzkach, a potem przerażone oczy.
- Ona… Ona krwawi… - Taemin
zrozpaczony przeniósł na nią swój wzrok. Pielęgniarka od razu zrozumiała i po
chwili już jej nie było. Ostatnie, co utkwiło mu w pamięci, to zmierzający do
pokoju jego matki liczni lekarze. To nie może być koniec. Ona nie może umrzeć.
Nie teraz.
Noc była wyjątkowo zimna. Księżycowi
niewiele brakowało do pełni. Oświetlał już opustoszałe ulice Seulu, bez
problemu przebijając się przez cienką warstwę chmur. Taemin szedł z głową spuszczoną
w dół, wpatrując się w swoje stopy. Już dawno minęła pora kolacji, a nawet
początek ciszy nocnej. Nowo poznani znajomi wydzwaniali do niego miliony razy,
a on za każdym razem ich ignorował. Nie odrzucał połączeń, nie wyłączył, a
nawet nie wyciszył telefonu. Pozwalał, aby irytujący sygnał docierał do jego
uszu.
Nie wiedział, ile tak szedł. Już
dawno przestał sprawdzać swoje miejsce położenia. Aktualnie znajdował się w
jakimś niewielkim parku, po którym przechadzało się jeszcze kilka osób. Nic nie
słyszał. W jego głowie wciąż miał widok krwawiącej matki. Lekarze opanowali
sytuację, ale to nie zmieniało faktu, że w sercu Taemina zagościł olbrzymi
strach. Rozmowa z ordynatorem również nie poprawiła jego psychicznej formy.
- Stan pana matki jest stabilny.
Niestety będzie musiała tu spędzić jeszcze trochę czasu. Chcemy mieć ją na całodobowej
obserwacji.
- Co z tym krwotokiem? Podobno było
lepiej?
- Nie powinien pan się martwić.
Wszystkie informacje przekazaliśmy pana ojcu. Krwawienie nie było bardzo silne,
wszystko jest już w porządku. Proszę wrócić do domu, a najlepiej zadzwonić, aby
ktoś tutaj przyjechał. Nie jest pan w dobrym stanie.
Nie był w dobry stanie? On spadł
poniżej skali. Czuł się fatalnie, opuściły go wszystkie siły. Miał ochotę paść
na ziemię, zacząć krzyczeć i płakać. Jaki był głupi myśląc, że da sobie radę.
Jakim musiał być idiotą, aby wierzyć, że będzie dobrze. Nie jest dobrze i nie
będzie.
Usiadł na ławce i wyciągnął z
kieszeni wibrujący telefon. Odrzucił połączenie, nawet nie patrząc, od kogo
było. Odblokował komórkę i drżącą ręką wpisał numer do osoby, której tak bardzo
teraz potrzebował. Do osoby, z którą spędził praktycznie całe dzieciństwo. Do
osoby, którą kochał.
Nacisnął zieloną słuchawkę i
przystawił urządzenie do ucha. Chciał usłyszeć jej głos. Choćby zwykłe „halo”
wlałoby do jego serca odrobinę spokoju. Niestety nie zawsze dostaje się to,
czego się chce. Zazwyczaj otrzymujemy darmową porcję nieszczęścia,
pogarszającego nasz stan.
- Cześć kociaku lub kocurze! Zostaw
mi wiadomość po sygnale! – Do uszu chłopaka dotarł nagrany, ale wciąż delikatny
głos dziewczyny. Taemin westchnął głęboko i spojrzał w nocne marcowe niebo.
- Cześć Krystal, tu Taemin. Wiem…
Wiem, że jesteś na mnie zła. Wiem, że nie chcesz mnie widzieć, ale ja… - Głos
zaczął mu się łamać. – Potrzebuję cię. – Po policzkach spłynęły mu pierwsze
łzy. – Ten wyjazd… Zrobiłem to wyłącznie ze względu na mamę. Ona… Miała atak….
Krwawiła… Lekarze mówili, że jest już lepiej, że będzie dobrze, więc czemu…
Krystal… Nie wiem, jak długo jeszcze dam radę odwiedzać mamę w szpitalu.
Widziałem ją… Taką bladą… Z krwią… Nie wiedziałem, co robić. Stałem jak głupi i
patrzyłem, jak cierpi. Gdybym się nie ocknął, mogłaby… Mogłaby… - Jego szloch i
łkanie uniemożliwiły mu dalszą wypowiedź. Starał się uspokoić, głęboko
oddychać. Niewiele to pomagało. – Nawet nie wiesz, jak bardzo chciałbym teraz
być przy tobie. Krystal… Przepraszam. – Rozłączył się. W tamtym momencie
przestał się kontrolować. Musiał się wypłakać. Zbyt wiele miesięcy trzymał cały
ból w sobie. To było za dużo, jak na jego wiek. Zdecydowanie zbyt dużo.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz